Armia nie wybacza
źródło: Gazeta Wyborcza
Proces o tchórzostwo na polu bitwy toczy się bez rozgłosu przed Sądem Garnizonowym w Warszawie
Od trzech dni jeździli po prowincji Diwanija. Byli eskortą ciężarówek rozwożących sprzęt i zaopatrzenie polskim żołnierzom. Jechali autostradą prowadzącą do stolicy prowincji, do polskiej bazy Echo zostało tylko 18 kilometrów. Po prawej stronie zobaczyli trzciny zwiastujące wijącą się nieopodal rzekę. Jeden z nich spojrzał na zegarek - dochodziła 16.40.
Chwilę później potężna eksplozja zamieniła hummera, który jechał przed nimi, w pochodnię, a ich wóz cisnęła na pobocze. Z tego, co się wydarzyło, najbardziej zapamiętali paraliżujący strach.
Żołnierze mówią, że strach to żaden wstyd, bo tylko wariat się nie boi. Jedni pod gradem kul bledną, inni robią się zieloni, jeszcze inni czerwienieją. Dorośli mężczyźni moczą się. Komandosi robią w gacie. Modlą się. Wzywają Boga albo mamę. Płaczą. Na polu walki wszystko można zrozumieć i wybaczyć.
Ale Kamilowi i Marcinowi armia nie wybaczyła.
Co wy wiecie o strachu?
Na peronie czekał szpakowaty major o pogodnym spojrzeniu. Czerwony beret, wojskowy wąs, na koncie misje i prawdziwe strzelaniny.
Wsiadamy do honkera, czyli wojskowej wersji tarpana - takimi autami nasi żołnierze jeździli po Iraku, zanim przesiedli się do amerykańskich hummerów.
- Strach? - zagaja major, jakby chciał uprzedzić nasze pytanie. - Nie pozna go, kto nie stał oko w oko ze śmiercią. Wiecie, czym jest prawdziwy strach? Taki, który paraliżuje tak, że trudno później przypomnieć sobie, co się działo? Strachu nie da się wyszkolić. Po prostu łapie jednych bardziej, a innych mniej. Czasami schodzi z ciebie wiele godzin po akcji, czasami dopiero następnego dnia. Kiedy puszcza, zaczynasz rzygać.
Przy bramie koszar 25. Brygady Kawalerii Powietrznej w Tomaszowie Mazowieckim wita nas cywil z prywatnej firmy ochroniarskiej z kałasznikowem na ramieniu. - Przecież szturman nie będzie stał na bramie jak cieć - tłumaczy major, widząc nasze zdziwione miny.
Ta jednostka to elita polskiej armii. Najlepiej wyszkoleni ludzie i najnowszy sprzęt. Dwudziesta Piąta była m.in. w Kosowie, Iraku, Libanie, Syrii, Afganistanie. Teraz szykuje się na misję w Czadzie. Tu nie ma zwykłych żołnierzy, tu są szturmani. Tych, którzy trafiają do brygady, czeka nieludzki trening: ćwiczenia do utraty tchu, desant z helikopterów, poligon w kamieniołomach, walka wręcz. Podczas porannej zaprawy żołnierze, wzorem amerykańskich marines, drą się: "Do kawalerii wstąpić chciałem, długo kochanie moje prosić musiałem!". To tutaj Jacek Bławut i Wojciech Maciejewski kręcili słynny serial "Kawaleria powietrzna" o morderczej drodze, jaką pokonują kandydaci na komandosów. Niektórzy z występujących w filmie później pojechali na misje.
Tylko w ramach operacji "Iracka wolność" do tej pory zginęło sześciu żołnierzy brygady, a 24 zostało rannych. Takich strat nie zanotowała żadna inna jednostka w Polsce. Polegli mają na terenie koszar swoje uliczki.
Idziemy ulicą Piotra Nity. Był w hummerze jadącym przed Marcinem i Kamilem.
Marcin: Przecież tak nas uczyli
- Kiedy byłem mały, podobał mi się wojskowy mundur - ten jeden raz w ciągu całej rozmowy Marcin się uśmiechnął.
Szczupły, łysiejący blondyn nerwowo wyłamujący palce nie wygląda na twardziela, który "sika drutem kolczastym", jak lubią mawiać o sobie amerykańscy marines. Rozmawiamy w jego skromnie urządzonym mieszkanku w bloku w Tomaszowie Mazowieckim. Marcin mieszka tu z żoną i dzieckiem. Rozkłada przed nami wojskowe odznaczenia i nagrody. Wśród nich ozdobny wojskowy dyplom: "Niniejszym potwierdzamy, że plutonowy Marcin K. uczestniczył w 57 akcjach bojowych i nabył prawo do noszenia srebrnej odznaki".
- I co z tego?! - wyrzuca z siebie. - Po tym wszystkim armia pojechała ze mną jak ze śmieciem, jak z kupą gówna!
Opowiada, że jego obaj dziadkowie walczyli z Niemcami podczas II wojny, jeden siedział w obozie. Rodzice całe życie przepracowali w zakładach włókniarskich.
Marcin skończył liceum i dwuletnie studium medyczne. Po szkole dostał bilet do wojska. Miał prawo jazdy, więc zrobili go w jednostce kierowcą. Armia zaproponowała mu, żeby po zakończeniu służby zasadniczej został zawodowcem. Pomyślał, że lubi jeździć, nieźle płacą, a armia to solidna firma.
- No i wytypowali mnie na szkolenie sanitariuszy - wspomina. - Jeździłem w Łodzi w karetce pogotowia. Chodziło o to, abym się napatrzył na krew. Kiedy tworzyli jednostkę medyczną, od razu dostałem propozycję. Dzięki temu awansowałem o dwa stopnie w górę, na plutonowego. Tak zostałem podoficerem.
Zgodził się na udział w misji w Iraku z tych samych powodów co wszyscy: dla pieniędzy na rodzinę i przygody. Pojechał z piątą zmianą i o mało nie dostał kulki. - Wyleźliśmy prosto pod lufę takiemu uzbrojonemu po zęby terroryście - wspomina. - Kolega dostał, jest kaleką. Mnie się udało. Pozostał po tym jakiś strach, ale kiedy nadarzyła się okazja wyjazdu na kolejną misję, specjalnie się nie zastanawiałem.


