Bali się pomóc w Iraku?
źródło: Gazeta Wyborcza
Sąd Garnizonowy w Warszawie zakończył wczoraj przesłuchiwanie świadków w bezprecedensowym procesie w polskiej armii
Przed sądem odpowiada trzech komandosów z 25. Brygady Kawalerii Powietrznej w Tomaszowie Mazowieckim. O procesie "Gazeta" napisała na początku marca.
7 lutego 2007 r. w wybuchu miny-pułapki zginął w Iraku st. szer. Piotr Nita. Dowódca konwoju twierdzi, że mimo wyraźnego rozkazu sanitariusze ze strachu nie wysiedli z pojazdu, by pomóc rannym. Mają postawione zarzuty: (odmowy wykonania rozkazu, (nieudzielenia pomocy rannym żołnierzom. Grozi za to pięć lat więzienia.
Ale tej wersji nikt nie chce potwierdzić. Sąd przesłuchiwał wczoraj kaprala Marcina K. - kierowcę hummera, który jechał za sanitarką. Zmienił on zeznania na korzyść oskarżonych. - Powiedział, że nie potrafi stwierdzić, że nie opuścili sanitarki, bo miał inne zadania. Obserwował wtedy swój sektor, czy w okolicy nie ma napastników - mówi obrońca żołnierzy Michał Zuchmantowicz. - To oznacza, że prokuraturze będzie trudno utrzymać zarzuty, a obowiązuje przecież domniemanie niewinności. Jedyny świadek, który obciąża moich klientów, jest emocjonalnie zaangażowany w sprawę, sam był ranny i jechał w pojeździe razem z żołnierzem, który zginął.
Marcin K. potwierdził jednak, że widział, jak dwaj żołnierze podbiegli do sanitarki i krzyczeli, by sanitariusze wysiedli.
Następna rozprawa w maju, sąd ma zdecydować, czy oskarżonych zbada psycholog. - Dzięki Bogu, rzadko w Polsce spotyka nas sytuacja, żeby rozpatrywać sprawy dotyczące zdarzeń podczas działań bojowych - mówił wczoraj sędzia Marek Wala.
Tymczasem wojsko pożegnało się już z dwoma sanitariuszami, nie przedłużając im kontraktów "ze względu na potrzeby sił zbrojnych". Jeden łapie się dorywczych prac, drugi jest na bezrobociu. Trzeci z oskarżonych komandosów - kierowca sanitarki - ma kontrakt z armią do maja przyszłego roku.


